Wiewiórka Liza

Wiewiórka Liza
Wiewiór, zwierzę totemiczne

niedziela, 22 lutego 2015

Minimalizm - wynalazek hipisowski, czy może hipsterski!?


Joshua Millburn Fields i Ryan Nicodemus „Everything That Remains: A Memoir by The Minimalists”

Najważniejsze wyniki, które otrzymujemy po wrzuceniu w angielskojęzycznego Wujka Google'a hasła „minimalism”, to adresy blogów. Jest też kilka stron opisujących minimalistyczny kierunek w sztuce. O dziwo, minimalizm jako ideologia nie doczekał się jeszcze własnego hasła w Wikipedii. Na właściwy trop naprowadza dopiero hasło „Simple Living”.  Mówiąc krótko: minimaliści to ludzie, którzy z własnego wyboru ograniczają konsumpcję i stan posiadania, starając się kierować realnymi potrzebami, a nie zachciankami, modą czy dyktatem społecznym (generalnie, im bogatsze stają się społeczeństwa, tym bardziej wzrasta poprzeczka - w PRL-u za szczyt aspiracji uchodził duży Fiat, a teraz na „zielonej wyspie” marzy się przynajmniej o porządnym modelu BMW; jeżeli komuś z młodszego pokolenia wydaje się, że w ubiegłej epoce wszyscy byli równo biedni i nikt się nie snobował, to polecam w celach edukacyjnych obejrzenie kilku odcinków serialu „007 zgłoś się”, ze zwróceniem szczególnej uwagi na przedstawienie tzw. hajlajfu). W opozycji „mieć czy być” minimaliści kładą nacisk na „być”: rezygnują z rzeczy materialnych, poświęcając za to więcej czasu i energii ważnym sprawom, przeżyciom i doświadczeniom, takim jak dbanie o higienę psychiczną, zdrowie, relacje międzyludzkie, rozwojowi intelektualnemu i duchowemu, uprawianiu hobby i pasjom.

Często deklarowanym celem minimalistów jest dążenie do równowagi pomiędzy pracą a czasem wolnym. Zgodnie z zasadą „dobrego nigdy nie za wiele”, cel ten przeradza się niekiedy w dążenie do posiadania wyłącznie czasu wolnego, czyli rzucenia pracy na etat i albo życie z oszczędności (przy maksymalnym ograniczeniu wydatków), albo prowadzenie jakiegoś nieabsorbującego biznesu, w rodzaju bloga, internetowego sklepu z rękodziełem. Niektórzy minimaliści deklarują także dążenie do samorealizacji przez podróże po świecie albo napisanie bestselleru. 

Ideologia minimalizmu nawiązuje bez wątpienia do tradycji hipisowskiej. Pamiętam jakiś film dokumentalny z lat 70-ych i brodatego, długowłosego młodzieńca, który deklarował przed kamerami, że jest rozczarowany życiem w Ameryce, zamierza wyjechać do taniego Maroka, kupić sobie wielbłąda, aby żyć w harmonii z naturą i lokalną populacją. Był to, wypisz-wymaluj, wczesny minimalista-globtroter. Przykłady minimalistycznych ciągotek można też znaleźć i po drugiej stronie barykady, wśród robiących kariery konserwatywnych baby boomersów. Transformacja Lestera Burnhama, bohatera filmu „American Beauty”, który rzucił pracę w agencji reklamowej dla baru fast food, za odprawę kupując wymarzonego Pontiaca Firebird, po czym zaczął oglądać się za koleżankami swojej córki, dbać o tężyznę fizyczną i rozszerzanie stanów świadomości, to, wypisz-wymaluj, droga wczesnego minimalisty post-korporacyjnego w poszukiwaniu swojego prawdziwego „ja”.

Autorzy „Everything that Remains” wybrali opcję ekstremalną. W ogólnie niesprzyjającym klimacie gospodarczym jeden z nich sam zwolnił się z pracy, a drugiego wkrótce potem zwolniono. Bezrobocie stanowiło jednak w ich przypadku uwieńczenie dłuższego procesu „upraszczania” egzystencji – dobrowolnie pozbyli się zbędnych rzeczy i luksusów (obaj należeli wcześniej do dobrze zarabiającej kadry kierowniczej), tak więc w krytycznym momencie byli przygotowani na poszukiwanie sensu życia, w 100 % mobilni i otwarci na nowe doświadczenia (na marginesie, jeśli szanowny czytelnik wyczuwa w moich słowach sarkazm, to instynkt go nie myli).

Jaki mam problem z rzeczonym modelem? No cóż, przede wszystkim pochodzę z kraju, w którym dążenie do szczęścia nie zostało zapisane w konstytucji jako niezbywalne prawo każdego obywatela, jak w Stanach Zjednoczonych, stąd patrzę na problem z innej perspektywy. Trudno jest mi zrozumieć, jak w sytuacji globalnego kryzysu finansowego można zachęcać ludzi, żeby pozbyli się stałego źródła dochodów i zawierzyli losowi, bo jeśli ktoś idzie za swoją pasją, to cały wszechświat go wspiera, w tym finansowo (sic!). Ilu niezrealizowanych pisarzy/malarzy/fotografów/filmowców umarło w biedzie? Czy podróże z plecakiem dookoła świata naprawdę pozwalają poznać jakieś uniwersalne prawdy? Na marginesie, jak jeszcze raz przeczytam w kolejnej naiwnej relacji z samopoznawczej podróży, że żyjący w nędzy mieszkańcy Trzeciego Świata są szczęśliwsi i życzliwsi niż mieszkańcy wielkich miast Zachodu, to chyba zwymiotuję. Jasne, już pędzę do Indii albo Peru, żeby nauczyć się, jak żyć z uśmiechem na ustach mimo nóg w rynsztoku (patrz Oscar Wilde „We are all in the gutter, but some of us are looking at the stars”).

OK, Joshua Millburn Fields i Ryan Nicodemus sami stwierdzają, że decyzja o rzuceniu pracy nie jest dla każdego, ale kuszą swoim sukcesem – ich blog The Minimalists odwiedziło już ponad cztery miliony ludzi, pojawiają się w telewizji i jeżdżą w tournee ze swoimi książkami. Stali się twarzą minimalizmu, przyćmiewając swoich wcześniejszych mentorów Leo Babautę czy Joshuę Beckera. Przy tym „Everything that Remains” jest rodzajem literackiej autobiografii, bez nachalnej propagandy, i czyta się nieźle. Główny bohater opisuje swoje dzieciństwo w biedzie, brak stabilności za sprawą matki alkoholiczki, potem błyskawiczną karierę, szybkie małżeństwo, rychły rozwód i powolne narastanie kryzysu, który doprowadził go do radykalnej przemiany.


Podsumowując, czy normalny człowiek może wynieść coś dla siebie z minimalizmu? Pomijając amerykańskie mrzonki na temat magicznej mocy przyciągania sukcesu przez ludzi, którzy idą za głosem serca i robią to, co kochają, owszem, tak – minimalizm przynosi kilka zdroworozsądkowych lekcji życiowych. Najważniejsza z nich to przemyślenie faktycznych potrzeb i unikanie długów, zwłaszcza długów konsumpcyjnych. Jeżeli cię na coś nie stać, to najwyraźniej nie powinieneś tego kupować. Długi kradną naszą przyszłość, o czym na pewno mogą zaświadczyć posiadacze kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich na trochę za duże względem ich potrzeb mieszkania. I czy na pewno pierwsze mieszkanie musi być urządzone na wysoki połysk, żeby zrobić wrażenie na koleżankach z pracy? Czy nie warto zacisnąć zębów i pojeździć jeszcze parę lat tym starym (tzn. pięcioletnim) gratem, który jak na złość nie chce się zepsuć?

There are thousands and thousands of people out there leading lives of quiet, screaming desperation, where they work long, hard hours at jobs they hate to enable them to buy things they don't need to impress people they don't like, Nigel Marsh
Sektor bankowy, zupełnie jak dobra wróżka, znalazł sposób, żeby spełniać nasze marzenia. Za dotknięciem magicznej różdżki kredytowej, nie trzeba już najpierw ciężko i długo pracować, żeby odłożyć pieniądze na zakup. Przecież w przyszłości będzie nam się powodziło równie dobrze, jeśli nie lepiej. Co znaczy ta drobna rata kredytowa? Po podwyżce w przyszłym roku nawet jej nie zauważę! Bywa tak, że spłacamy kredyt za rzecz, którą dawno wymieniliśmy na nowszy model. Też na kredyt. Absolutny hit dla mnie to kupno na kredyt urlopu. Osobiście dziwię się, że takim kredytującym się urlopowiczom drink nie staje kością w gardle na plaży na myśl, że będą go spłacać przez kolejny rok.


P.S. Odpowiadając na pytanie zadane w tytule tego postu: hipisów nie można wprawdzie nazwać prekursorami minimalizmu, bo ruch ten jest znacznie starszy (biblią świeckich minimalistów jest książka Henry'ego Davida Thoreau „Walden” z 1854 r.), ale na pewno życie w hipisowskich komunach odpowiada definicji powrotu do prostego stylu życia. Bardziej niż wyrafinowane zachowania konsumpcyjne hipsterów, którzy często zaliczają się do elit zarobkowych i lubią to pokazać. Hipsterom bliżej jest pod tym względem do yuppies, są tylko bardziej ekologicznie i społecznie uświadomieni.

Adresy dla początkującego minimalisty

Klasyczne pozycje książkowe:
Joe Dominguez, Vicki Robin „Your Money or Your Life”
Duane Elgin „Voluntary simplicity”

Strony internetowe i blogi:
Strona Leo Babauty „Zen Habits”
Strona Francine Jay, autorki „The Joy of Less” 
Strona Meg Wolfe, autorki „The Minimalist Woman”
Strona Joshuy Beckera, autora „Simplify. 7 Guiding Principles to Help Anyone Declutter Their Home and Life” 
Strona Tammy Strobel, autorki „You Can Buy Happiness (and It's Cheap)”
Niemieckojęzyczna strona Wernera Tiki Küstenmachera, autora „Simplify Your Life” 


niedziela, 1 lipca 2012

Smuga cienia, konserwatyzm i the wind of change

Naukowcy spierają się, czy ludzie z wiekiem stają się bardziej konserwatywni. Można oczywiście dyskutować, co dokładnie oznacza pojęcie „konserwatyzm” (zob. np. Wikipedię). W potocznym rozumieniu bycie konserwatywnym oznacza pewne usztywnienie, tendencję do myślenia utartymi, sprawdzonymi ścieżkami, która zwykle rośnie wraz z wiekiem. Czy robię się już konserwatywna? Co do natury ludzkiej nie mam rzeczywiście złudzeń – ale nigdy ich nie miałam. Nie mogłam na przykład zrozumieć księdza na religii zachwycającego się niewinnością „dziatek”, nieskażonych jeszcze grzesznym dorosłym życiem (jeżeli byłabym złośliwa, dodałabym – czytaj „seksem”... Ooops! W autorytet Kościoła też najwyraźniej nie wierzę...). Dla mnie proces dorastania polega na stawaniu się pełniejszym, dojrzalszym, mądrzejszym człowiekiem, który jest w stanie lepiej rozumieć i kontrolować swoje emocje i nie widzi świata w biało-czarnych kategoriach. Taki przeciętny bachor nie wykracza swoim myśleniem poza horyzont najbliższych kilku godzin i „ja chcę” oraz „ja nie chcę”. Gdzie tu miejsce na filozofię? I gdzie jest złoty środek pomiędzy dziecięcą bezrefleksyjnością a starczym oślim uporem?

Toinette Lippe (bez obaw, to nie jest nikt ważny, taka sobie starsza Angielka, której biografię „Nothing Left Over. A Plain and Simple Life” czytam akurat po raz kolejny z dużą przyjemnością) pisze o tym następująco:
„We place our slippers in a particular way under a chair. We can no longer even imagine placing them any other way. [...] I noticed that I always hold the telephone in my right hand. The other day I decided to pick it up with my left hand. It felt very strange. The telphone was heavy in my hand. I pressed it too hard against my ear. I didn't seem able to relax with it the way I normally do. Also, I wasn't used to listening with the other ear, and there seemed to be a great deal of echo either in the receiver or in my head. When I thought about this for a moment, I realized that all my life I have been overtaxing one ear and causing pressure on it. Also, I have not been using 50 percent of my listening (and holding) capacity. This really woke me up. We need to be flexible – willing to cross our legs the opposite way for a change, open the refrigerator door with the other hand. We have to guard against not becoming rigid. Flexibility offers a slender tree the freedom to sway in the wind, and so it is with us.”



Rutyna i doświadczenie mają swoją wartość, bo pozwalają osiągnąć mistrzostwo – wystarczy pomyśleć o pilotach odrzutowców czy neurochirurgach – ale także swoje wady. Jakiś czas temu oglądałam program dokumentalny, w którym szwajcarski naukowiec zademonstrował w warunkach laboratoryjnych, że jeżeli nauczymy się rozwiązywać pewien problem w określony sposób, to po mniej więcej dwunastu udanych próbach, kiedy zostaje nam przedstawione nowe, wcale nie trudniejsze zadanie, wymagające jednak innego rodzaju rozumowania, nie potrafimy go rozwiązać. W mózgu zostały już wydeptane ścieżki i nie jesteśmy w stanie z nich zejść. Ochotnicy podejmowali ciągle na nowo bezskuteczne próby rozwiązania zadania w taki sam sposób jak wcześniej, aż w końcu poddawali się. Problem wydawał się im nierozwiązywalny.

W ramach uelastyczniania kilka miesięcy temu zaczęłam chodzić na zajęcia jogi. Próbowałam już kilkakrotnie wcześniej, ale zawsze rezygnowałam po krótkim czasie. „To nie dla mnie” mówiłam sobie. Teraz stwierdziłam jednak, że wręcz przeciwnie, bardzo to lubię i coraz lepiej sobie radzę z asanami. Może to zasługa nauczycielki – bardzo młodej Angielki, które umiejętnie stopniuje trudność, a może po prostu uzupełniłam pewne fizyczne braki dzięki innym typom treningu. Wbrew potocznym wyobrażeniom joga wymaga nie tylko elastyczności (ostatnio nasza instruktorka stwierdziła, że absolutna elastyczność to zdolność zbliżenia wyprostowanej nogi do twarzy w pozycji stojącej – zawsze myślałam, że takie sztuczki są zastrzeżone dla tancerek kankana z Moulin Rouge :-), ale także sporej siły, w tym w ramionach i plecach, a większość kobiet ma w tym zakresie spore braki [a propos emancypacji, Krystyna Kofta stale powtarza, że każda kobieta powinna mieć własne pieniądze, ja twierdzę, że powinna być także w stanie zrobić przynajmniej 10 pompek (w jednej serii...). Dalsze wyzwanie to podciąganie na drążku w szerokim nachwycie.].


Zmieniłam także upodobania filmowe - filmy akcji oraz komedie romantyczne nie wzbudzają już we mnie głębszych emocji... Przeżywam to naprawdę głęboko, bo okazuje się, że moja kolekcja DVD nadaje się w większości do sprzedaży na ebay-u. Teraz zamiast dynamicznych strzelanek oraz „a po tym pierwszym pocałunku żyli długo i szczęśliwie” wolę poważne (najchętniej francuskie) dramaty, które pokazują, że innym też w życiu jest z reguły pod górkę, czy nawet prosto w przepaść (no dobrze, brytyjskie tragikomedie w rodzaju „The Best Exotic Marigold Hotel” też mogą być... polskie kino artystyczne oczywiście odpada, aż takiej dawki beznadziei to ja nie zniosę...) i jak sobie z tym faktem radzą (albo nie radzą).


P.S. Interesujące linki:

Miss Minimalist, autorka książki „The Joy of Less”, o której niedawno pisałam, prowadzi także blog.

Jeżeli ktoś chciałby na poważnie zająć się swoją formą fizyczną (w kontekście tych wymaganych pompek i podciągnięć, o których pisałam) i nie chce tracić czasu na próżno, polecam strony MaxWorkouts. Autor, Shin Ohtake, jest kosmopolitą, byłym sportowcem, z wykształcenia biochemikiem i – co najważniejsze – nie jest Amerykaninem, chociaż mieszka w Stanach (amerykański styl perswazji może doprowadzić przeciętnego Europejczyka do rozpaczy - patrz np. strony Juice up your life. Autor generalnie ma niezłe pomysły na zdrowe odżywianie, przede wszystkim soki, chociaż zdarzają mu się żenujące pomyłki, jak np. „Popatrzcie na tą łodygę selera naciowego. Fantastyczna, prawda? Seler ma mnóstwo sodu. A ja przeczytałem gdzieś, wydaje mi się, że kości są zbudowane w 32% z sodu. Ten seler wygląda nawet jak kość, prawda? Niesamowite!” – dlatego też co jakiś czas zastrzega, że nie jest lekarzem, ani nawet dietetykiem. Przytaczam dalszy ciąg, ponieważ na porównaniach do kości się nie skończyło – osobnik nie sprzedaje bowiem tylko przepisy na soki, ale przepisy na całe życie – „Kiedy myślę o kościach, to myślę o tym, co jest najważniejsze w życiu? Co dają kości? Tak, równowagę. Czy możesz powiedzieć, że wszystkie aspekty twojego życia są w równowadze?”. Jego slogan to: „Remember, we are in this together” – Oh, yeah, już się rzucam, żeby podać mu swój numer karty kredytowej...).

poniedziałek, 28 maja 2012

Wyklęty powstań, ludu ziemi

Niedawno wbiłam ostatni gwóźdź pod ostatni obrazek, wieńcząc urządzanie nowego mieszkania, po czym, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, poszłam pobiegać. Przyjemnie jest stwierdzić, że nadal jestem w formie, chociaż ostatnio ćwiczyłam się niemal wyłącznie w przesuwaniu mebli, noszeniu pudeł i szorowaniu podłóg. Wychudłam, sczerniałam :-). Sama przeprowadzka to pikuś, najgorsza jest praca koncepcyjna. Problem polega na tym, że kiedy przenosimy nasze dobra do nowej, nieopatrzonej jeszcze przestrzeni, patrzymy na nie nowym okiem, kwestionując ich przydatność oraz walory estetyczne. Czy naprawdę potrzebuję trzech regałów wypchanych po brzegi książkami i trzech regałów z DVD? Czy wracam do raz przeczytanych książek? Czy czytam stare, czy może tylko kupuję ciągle nowe? A ile nabyłam tylko po to, żeby sama przed sobą poudawać, że jestem mądrzejsza, niż w rzeczywistości? A te kolorowe jedwabne bluzki z wyprzedaży? Jak często nosiłam je w zeszłym roku? Co z tego, że normalnie kosztują majątek, kiedy w normalnym użyciu są po prostu niepraktyczne?
Przeczytałam właśnie dwie książki Francine Jay „Miss Minimalist: Inspiration to Downsize, Declutter, and Simplify” i „The Joy of Less, a Minimalist Living Guide: How to Declutter, Organize and Simplify Your Life”. Jak dotąd, są najlepsze z tych, które trafiły w moje ręce, a czytam na ten temat sporo.
W gruncie rzeczy jednak mniejsza o praktyczne walory tych książek, uświadomiłam sobie bowiem, że w całym tym upraszczaniu i minimalizowaniu chodzi o coś więcej – o postawę „antykonsumpcyjną”.
O wolność. O rewolucję. O moją (i waszą) przyszłość. A doszłam do tego przez inne lektury: Niezbędnik Inteligenta Polityki „Trzęsienie kapitalizmu” i Benjamina Barbera „Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli”.
O kryzysie każdy wie, nie będę przynudzać. Znacznie ciekawsze są diagnozy tego kryzysu – teorii jest wiele, zupełnie jak w odcinku serialu „Doktor House” (adekwatne do sytuacji jest nawet ulubione powiedzonko House'a „Wszyscy kłamią”). Będą testowane różne sposoby leczenia. Niewykluczone jednak, że pacjent nie przeżyje i, w najlepszym przypadku, posłuży jako materiał do przeszczepów. Na koniec, kiedy prawda wyjdzie już na jaw (być może dopiero na stole sekcyjnym), każdy z diagnostyków stwierdzi z niewzruszoną pewnością „A nie mówiłem?”. Póki co, działamy na ślepo. Niektórzy twierdzą, że kapitalizm się kończy. Co przyjdzie potem, na razie nie wiadomo (chociaż istnieją już pewne – bardzo rozbieżne – teorie).
Czy ktoś jeszcze pamięta tekst Międzynarodówki? Według Barbera kiedyś walczyliśmy z opresją państwa o wolność i demokrację, a teraz prowadzimy samobójczą walkę przeciwko państwu w imię skrajnie indywidualistycznej wolności, sprowadzonej do konsumpcji. Doprowadziło nas do tego miejsca pranie mózgów zgotowane obywatelom przez system, którego podstawowym problemem jest nadprodukcja. Żeby znaleźć zbyt, marketingowcy infantylizują społeczeństwo, bo w dzieciach (czasami zupełnie dorosłych dzieciach) łatwiej wzbudzić jest sztuczne potrzeby, które muszą zostać NATYCHMIAST zaspokojone. Barber jest oczywiście naukowcem i pisze tak, żeby, broń Boże, nie było go za łatwo zrozumieć (masa przypisów, szerokie tło historyczne, wiele abstrakcyjnych i karkołomnych tez, które efektownie i konsekwentnie udowadnia – chociaż przyznam uczciwie, że kiedy powołuje się na Freuda, a robi to dosyć często – traci moją uwagę). Można jednak wysnuć z jego pracy szereg wniosków praktycznych, które (o dziwo! ;-)) pokrywają się ze znanymi od wieków mądrościami, jak np.: nie wszystko złoto, co się świeci; nie daj sobie robić wody z mózgu; nie warto chodzić na skróty; co nagle, to po diable. Albo bardziej poetycznie:
Zajmij się nierobieniem niczego,

Usiłuj nic nie usiłować,

Kosztuj to, co nie ma smaku,

Uważaj to, co nieważne, za ważne,

Wiele razy wykorzystuj niewiele,

Odpłacaj dobrem za zło,

Planuj, co zrobisz, gdy będzie trudno,

Gdy jeszcze jest łatwo,

Rób to, co wielkie,

Gdy jeszcze jest małe.

Lao-Tzu (VI w. przed Chrystusem)
Tak więc, towarzysze i towarzyszki, musimy być czujni. Wróg nie śpi.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Pochwała przeciętności

Dlaczego nie lubię typowych amerykańskich poradników? Bo zakładają, że każdy chce być „naj”, super, cool, czy co tam jeszcze. Typowy produkt docelowy takiego poradnika to szczupły, ale umięśniony fanatyk zdrowego odżywiania (wierzchołek pierwszy trójkąta – zdrowie fizyczne), żyjący w harmonijnym związku romantycznym człowiek renesansu o szerokich zainteresowaniach i żyłce społecznika (wierzchołek drugi trójkąta – strefa emocjonalno-mentalna), cieszący się niezależnością materialną (definiowaną tradycyjnie jako milion dolarów, chociaż ten milion dolarów to nie ten sam milion dolarów co niegdyś – inflacja się kłania) i zasadniczo niewykonujący pracy zarobkowej, chyba że akurat mu się chce, bo kocha to, co robi (wierzchołek trzeci trójkąta – strefa materialna). Takim człowiekiem sukcesu może być na przykład zamieszkały w Tajlandii buddysta, wielbiciel wygimnastykowanych kobiet i lekkiej kuchni orientalnej, autor bloga o nawykach zen, żyjący z reklam na tymże blogu.
Irytujące jest, że model ten proponuje się wszystkim bez wyjątku, niezależnie od punktu wyjściowego, predyspozycji, a nawet preferencji. Jest on głęboko zakorzeniony w idei tzw. American Dream. Kiedy Barack Obama zawołał w swoim wyborczym przemówieniu „YES, WE CAN!”, każdy wiedział, co ma na myśli – wszystko jest możliwe, jeśli tylko w to uwierzysz, nieważne w jakim bagnie obecnie siedzimy... Ależ oczywiście, że każdy może zostać właścicielem świetnie prosperującej firmy, milionerem, a nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych (chociaż Arnoldowi Schwarzenegerowi to się raczej nie uda, chociaż wyszedł za Kennedy'ównę, chyba że zmienią konstytucję w najbliższej przyszłości). Nic dziwnego, że nawet wśród kompletnie zindoktrynowanych ideą American_Dream Anglosasów zaczynają się budzić wątpliwości:
„It's called the American dream because you have to be asleep to believe it.” George Carlin
Tym bardziej że, jak się dowiedziałam na jednym ze szkoleń z ekonomii, na które regularnie chadzam w nadziei, że coś mi z nich w głowie pozostanie (proszę się nie dziwić – ekonomia to, z greckiego, „zasady prowadzenia gospodarstwa domowego”, czyli coś bardzo przydatnego kobiecie), wbrew powszechnym wyobrażeniom, w Europie jest znacznie łatwiej o awans społeczny niż w USA (co ciekawe, realizacja American Dream najlepiej wychodzi Chińczykom; dziwi mnie, dlaczego amerykańskie matki były tak oburzone chińskim modelem wychowywania dzieci opisanym w książce Battle Hymn of the Tiger Mother – przecież to kwintesencja amerykańskich ideałów; jak tak dalej pójdzie, wszyscy powinniśmy nauczyć się mandaryńskiego...). Do tego sceptycyzmu przyczynia się zapewne po części obecny kryzys, a także nowe odkrycia psychologów Yes, I Suck. Z drugiej strony badacze zajmują się takimi badaniami, na jakie jest aktualnie zapotrzebowanie społeczne, to znaczy, że najpierw musiała się pojawić teza, że coś z tym pozytywnym myśleniem jest nie tak, a potem zaczęto szukać dowodów na jej potwierdzenie.
Tymczasem nasz styl życia jest taki, jaki jest. Niedoskonały. Co więcej, ta niedoskonałość świetnie pasuje do chaotycznej natury rzeczywistości. Trzeba być elastycznym, bo warunki się zmieniają. Czasami udaje się wstać o 7 rano, a czasami dopiero o 9 (ale nie ma się czym przejmować, bo szef jest na urlopie, więc tego nie zauważy, a poza tym i tak akurat nie ma nic do roboty). Nie trzeba gotować na poziomie mistrzów kuchni, żeby móc się cieszyć dobrym, zdrowym i tanim jedzeniem. Nie wolno czekać z mówieniem w obcym języku do czasu, aż się go nauczymy bezbłędnie (ten moment nigdy nie nastąpi). Jednym słowem, lepsze jest wrogiem dobrego. Nie ma co szaleć, wystarczy się skupić na ważnych rzeczach (o zasadzie Pareto już chyba pisałam?).

P.S. A wcale nienajgorszy blog o nawykach zen (autor nie mieszkał w Tajlandii, ale na Guam, co pewnie na jedno wychodzi – lokalne tropikalne plaże ocienione palmami wyglądają podobnie i tu i tam...) prowadzi Leo Babauta Zen Habits.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Zamienił stryjek kijek na siekierkę

To nie pomyłka. Tu chodzi o rzeczywisty postęp technologiczny...
Kupiłam Kindle'a.
Od razu zastrzegam, że nie chodzi o kryptoreklamę, bo Amazon mi nic nie płaci. To raczej ja wypłacam Amazonowi regularnie całkiem spore sumy jako klientka.
Zmiany mają to do siebie, że normalny człowiek broni się przed nimi rękami i nogami. Przeprowadzka? Zmiana pracy? Zmiana diety i trybu życia? Zmiana systemu operacyjnego na komputerze? Wymiana ukochanego 12-letniego roweru na nowy? Och, NIE, NIE, NIE TERAZ! Za moją zwłoką w przerzuceniu się na czytnik elektroniczny stały jednak całkowicie racjonalne argumenty:
- to nowa technologia, co roku będą więc wypuszczali nowe, poważnie udoskonalone modele;
- to modna nowość, więc póki co dużo kosztuje, a w miarę jej upowszechniania będzie tanieć;
- mam jeszcze około 300 nieprzeczytanych książek drukowanych, więc to nie czas na zmianę systemu;
- nie lubię podążać za tłumem, poczekam i zobaczę...
OK, w pewnym momencie zdecydowałam się jednak pożyczyć od Zaprzyjaźnionego Prześmiewcy jego Kindle do przetestowania. Decyzja o kupnie własnego zajęła mi może jedną godzinę...
Teraz, po miesiącu użytkowania, mogę śmiało powiedzieć, dlaczego to była dobra decyzja:
- Kindle maksymalizuje czas czytania: jest lekki i można go zawsze mieć przy sobie, żeby czytać w każdej wolnej minucie. Jeżeli nie mamy ochoty na dany utwór, zawsze możemy się przerzucić na inny (ja zawsze czytam kilka książek jednocześnie, w zależności od nastroju - z reguły jakąś książkę akcji, coś popularnonaukowego plus jakiś poradnik);
- Amazon oferuje fantastyczne wyprzedaże e-booków za poniżej 1 EUR; ostatnio w promocji wiosennej ściągnęłam sobie próbki ponad 40 bardzo aktualnych książek popularnonaukowych, z czego kupiłam 20 - mam zapas na długi czas;
-ściągnięcie książki zajmuje kilka sekund, nie trzeba czekać na listonosza ani jechać na pocztę;
- czytnik jest lekki, nie obciąża dłoni i nie zamyka się uparcie, jak niektóre grube paperbacki;
- Kindle może przechowywać do 5 tysięcy książek i zajmuje tyle miejsca, co średniej wielkości notes - żegnajcie regały wypchane po brzegi książkami! (a ja i tak prowadzę regularny recykling...)
- ebooki są ekologiczne i oszczędzają zasoby naturalne.

Ale swoją drogą warto było poczekać, bo faktycznie dostałam lepszy model taniej....

wtorek, 17 stycznia 2012

Piątek trzynastego i ginące neurony

Kilka dni temu przy śniadaniu My Significant Other oderwał na chwilę wzrok od laptopa i stwierdził, że jeżeli zamierzam poprawić swoje wykształcenie to jak najszybciej, bo – jak stwierdzili naukowcy – po 45. roku życia słabną zdolności kognitywne. Stwierdziłam, że mnie to nie dotyczy, bo przecież pracuję umysłowo, a jak wiadomo narzędzia często używane nie rdzewieją. Następnego dnia wyszukałam nawet artykuł w Internecie polemizujący z tym odkryciem. Niemniej jednak w sobotę (14 stycznia) zaszło coś, co sprawiło, że zaczęłam podejrzewać, że dotknął mnie nie tylko (przedwczesny) spadek zdolności kognitywnych, ale wręcz alzheimer [A propos alzheimera to niedawno, w kontekście polskich wspominek świąteczno-noworocznych zasłyszałam przepyszny dowcip (oczywiście zupełnie niepoprawny politycznie): Pytanie: „Czy lepiej jest mieć parkinsona czy alzheimera?” Odpowiedź: „Oczywiście, że parkinsona, bo lepiej połowę wylać, niż zapomnieć się napić!”. W kontekście alkoholowym załączam ponadto link do wypowiedzi eksperta: Gawęda o winie]. Po południowej kawie (dla rozbudzenia - tak, tak, to nie pomyłka – w weekendy pijam kawę koło południa, wkrótce po przebudzeniu :-) i pół litra świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy wymieszanego z siemieniem lnianym, zarodkami pszennymi i otrębami owsianymi (dla zdrowia) wybrałam się do supermarketu na zakupy. Wrzuciłam do koszyka niezbędne wiktuały, po czym poszłam zwiedzać dział AGD w poszukiwaniu okazji na wyprzedaży. Wózek z kurtką i ukrytą w torbach na zakupy torebką (zawierającą portfel, klucze do mieszkania, klucze do samochodu) zostawiłam „na chwilę” w dogodnym miejscu, żeby nie musieć się z nim przedzierać przez tłumy ludzi. Z tym, że kiedy po niego wróciłam, zastałam dwa inne samotne wózki, ale nie mój! Lekko zaniepokojona zrobiłam jedną rundkę wokół działu AGD, potem drugą. Koszyka ani śladu. Ponieważ sama pamiętam przypadki, kiedy zdarzało mi się wrzucać własne zakupy do cudzego koszyka (a potem za to przepraszać), a raz nawet odjechać z cudzym wózkiem kilka metrów (jak dzisiaj pamiętam, że miało to miejsce przy dziale rybnym i byłam wtedy głęboko pochłonięta kwestią, czy lepiej kupić całego trzykilogramowego łososia po 4 euro za kilogram, czy półkilogramowy filet za 10 euro), podeszłam do sprawy trochę niefrasobliwie, zagadnęłam tylko jedną ze sprzedawczyń, co mam zrobić, bo ktoś zabrał mi koszyk. Pani zaprowadziła mnie do ochroniarza, który potraktował mnie bardzo poważnie, aż się zdziwiłam. Zgłosił „incydent” w centrum ochrony i poprosił o ogłoszenie zaginięcia koszyka z megafonu, spisał moje dane i poradził pójście na policję w sprawie ukradzionych dokumentów. W tym momencie zaczęłam się już mocno martwić i spytałam, czy często zdarzają się takie wypadki. Ku memu zdziwieniu - bardzo często. Jak się dowiedziałam, tylko w ubiegłym tygodniu zginęły trzy koszyki, a z koszyków zawartość torebek (karty kredytowe, dokumenty). Chociaż były też podobno przypadki, kiedy ktoś koszyk zabrał przez pomyłkę, a potem zwrócił na miejsce... Pomimo ściskającego uczucia w żołądku postanowiłam, że będę dobrej myśli (bo przecież piątek trzynastego był dzień wcześniej!!!) i wróciłam do patrolowania działu AGD. Kiedy kończyłam pierwszą rundkę, znalazłam mój koszyk. Był to zaiste widok cieszący oczy. Stał w miejscu, które – jak byłam pewna! – sprawdzałam wcześniej, ale nie w miejscu, co do którego byłam przekonana, że go tam zostawiłam. Było to natomiast na pewno miejsce, w którym się na dłużej zatrzymałam, oglądając lodówki. I nie wiem w końcu – czy to początki alzheimera, czy ktoś naprawdę zabrał mój koszyk? Dałam znać sympatycznemu ochroniarzowi, a ten przypomniał mi, żeby sprawdzić zawartość torebki. Sprawdziłam. Wszystko było na swoim miejscu. Więc w końcu jestem szczęściarą czy ofiarą? Już nigdy się nie dowiem... Przyjmijmy roboczo, że szczęściarą...

P.S.1 Chciałabym zauważyć, że ten luksusowy wycieczkowiec osiadł na skale w pobliżu Toskanii w piątek trzynastego! To tylko ewakuacja przeciągnęła się na sobotę. A historia kapitana może przypominać trochę historię Lorda Jima z powieści Conrada...
P.S.2 Z tymi neuronami to jest podobno tak, że naukowcy nie spodziewali się, że (niewielki, bo niewielki –  o 3,7 procent) spadek zdolności kognitywnych ma miejsce tak wcześnie, czyli już po 45. roku życia, stąd ten cały hałas. Oczywiście w badanej grupie byli tacy, którym w ogóle nie spadło i tacy, którym spadło znacznie bardziej niż o 3,7 %. Warto zapamiętać, że wszystko, co źle wpływa na układ krążenia, czyli palenie papierosów, tłusta i słona dieta oraz brak ruchu, równie źle wpływa na mózg. Ja w każdym razie zamierzam pozostać optymistką...