Wiewiórka Liza

Wiewiórka Liza
Wiewiór, zwierzę totemiczne

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Pochwała przeciętności

Dlaczego nie lubię typowych amerykańskich poradników? Bo zakładają, że każdy chce być „naj”, super, cool, czy co tam jeszcze. Typowy produkt docelowy takiego poradnika to szczupły, ale umięśniony fanatyk zdrowego odżywiania (wierzchołek pierwszy trójkąta – zdrowie fizyczne), żyjący w harmonijnym związku romantycznym człowiek renesansu o szerokich zainteresowaniach i żyłce społecznika (wierzchołek drugi trójkąta – strefa emocjonalno-mentalna), cieszący się niezależnością materialną (definiowaną tradycyjnie jako milion dolarów, chociaż ten milion dolarów to nie ten sam milion dolarów co niegdyś – inflacja się kłania) i zasadniczo niewykonujący pracy zarobkowej, chyba że akurat mu się chce, bo kocha to, co robi (wierzchołek trzeci trójkąta – strefa materialna). Takim człowiekiem sukcesu może być na przykład zamieszkały w Tajlandii buddysta, wielbiciel wygimnastykowanych kobiet i lekkiej kuchni orientalnej, autor bloga o nawykach zen, żyjący z reklam na tymże blogu.
Irytujące jest, że model ten proponuje się wszystkim bez wyjątku, niezależnie od punktu wyjściowego, predyspozycji, a nawet preferencji. Jest on głęboko zakorzeniony w idei tzw. American Dream. Kiedy Barack Obama zawołał w swoim wyborczym przemówieniu „YES, WE CAN!”, każdy wiedział, co ma na myśli – wszystko jest możliwe, jeśli tylko w to uwierzysz, nieważne w jakim bagnie obecnie siedzimy... Ależ oczywiście, że każdy może zostać właścicielem świetnie prosperującej firmy, milionerem, a nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych (chociaż Arnoldowi Schwarzenegerowi to się raczej nie uda, chociaż wyszedł za Kennedy'ównę, chyba że zmienią konstytucję w najbliższej przyszłości). Nic dziwnego, że nawet wśród kompletnie zindoktrynowanych ideą American_Dream Anglosasów zaczynają się budzić wątpliwości:
„It's called the American dream because you have to be asleep to believe it.” George Carlin
Tym bardziej że, jak się dowiedziałam na jednym ze szkoleń z ekonomii, na które regularnie chadzam w nadziei, że coś mi z nich w głowie pozostanie (proszę się nie dziwić – ekonomia to, z greckiego, „zasady prowadzenia gospodarstwa domowego”, czyli coś bardzo przydatnego kobiecie), wbrew powszechnym wyobrażeniom, w Europie jest znacznie łatwiej o awans społeczny niż w USA (co ciekawe, realizacja American Dream najlepiej wychodzi Chińczykom; dziwi mnie, dlaczego amerykańskie matki były tak oburzone chińskim modelem wychowywania dzieci opisanym w książce Battle Hymn of the Tiger Mother – przecież to kwintesencja amerykańskich ideałów; jak tak dalej pójdzie, wszyscy powinniśmy nauczyć się mandaryńskiego...). Do tego sceptycyzmu przyczynia się zapewne po części obecny kryzys, a także nowe odkrycia psychologów Yes, I Suck. Z drugiej strony badacze zajmują się takimi badaniami, na jakie jest aktualnie zapotrzebowanie społeczne, to znaczy, że najpierw musiała się pojawić teza, że coś z tym pozytywnym myśleniem jest nie tak, a potem zaczęto szukać dowodów na jej potwierdzenie.
Tymczasem nasz styl życia jest taki, jaki jest. Niedoskonały. Co więcej, ta niedoskonałość świetnie pasuje do chaotycznej natury rzeczywistości. Trzeba być elastycznym, bo warunki się zmieniają. Czasami udaje się wstać o 7 rano, a czasami dopiero o 9 (ale nie ma się czym przejmować, bo szef jest na urlopie, więc tego nie zauważy, a poza tym i tak akurat nie ma nic do roboty). Nie trzeba gotować na poziomie mistrzów kuchni, żeby móc się cieszyć dobrym, zdrowym i tanim jedzeniem. Nie wolno czekać z mówieniem w obcym języku do czasu, aż się go nauczymy bezbłędnie (ten moment nigdy nie nastąpi). Jednym słowem, lepsze jest wrogiem dobrego. Nie ma co szaleć, wystarczy się skupić na ważnych rzeczach (o zasadzie Pareto już chyba pisałam?).

P.S. A wcale nienajgorszy blog o nawykach zen (autor nie mieszkał w Tajlandii, ale na Guam, co pewnie na jedno wychodzi – lokalne tropikalne plaże ocienione palmami wyglądają podobnie i tu i tam...) prowadzi Leo Babauta Zen Habits.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Zamienił stryjek kijek na siekierkę

To nie pomyłka. Tu chodzi o rzeczywisty postęp technologiczny...
Kupiłam Kindle'a.
Od razu zastrzegam, że nie chodzi o kryptoreklamę, bo Amazon mi nic nie płaci. To raczej ja wypłacam Amazonowi regularnie całkiem spore sumy jako klientka.
Zmiany mają to do siebie, że normalny człowiek broni się przed nimi rękami i nogami. Przeprowadzka? Zmiana pracy? Zmiana diety i trybu życia? Zmiana systemu operacyjnego na komputerze? Wymiana ukochanego 12-letniego roweru na nowy? Och, NIE, NIE, NIE TERAZ! Za moją zwłoką w przerzuceniu się na czytnik elektroniczny stały jednak całkowicie racjonalne argumenty:
- to nowa technologia, co roku będą więc wypuszczali nowe, poważnie udoskonalone modele;
- to modna nowość, więc póki co dużo kosztuje, a w miarę jej upowszechniania będzie tanieć;
- mam jeszcze około 300 nieprzeczytanych książek drukowanych, więc to nie czas na zmianę systemu;
- nie lubię podążać za tłumem, poczekam i zobaczę...
OK, w pewnym momencie zdecydowałam się jednak pożyczyć od Zaprzyjaźnionego Prześmiewcy jego Kindle do przetestowania. Decyzja o kupnie własnego zajęła mi może jedną godzinę...
Teraz, po miesiącu użytkowania, mogę śmiało powiedzieć, dlaczego to była dobra decyzja:
- Kindle maksymalizuje czas czytania: jest lekki i można go zawsze mieć przy sobie, żeby czytać w każdej wolnej minucie. Jeżeli nie mamy ochoty na dany utwór, zawsze możemy się przerzucić na inny (ja zawsze czytam kilka książek jednocześnie, w zależności od nastroju - z reguły jakąś książkę akcji, coś popularnonaukowego plus jakiś poradnik);
- Amazon oferuje fantastyczne wyprzedaże e-booków za poniżej 1 EUR; ostatnio w promocji wiosennej ściągnęłam sobie próbki ponad 40 bardzo aktualnych książek popularnonaukowych, z czego kupiłam 20 - mam zapas na długi czas;
-ściągnięcie książki zajmuje kilka sekund, nie trzeba czekać na listonosza ani jechać na pocztę;
- czytnik jest lekki, nie obciąża dłoni i nie zamyka się uparcie, jak niektóre grube paperbacki;
- Kindle może przechowywać do 5 tysięcy książek i zajmuje tyle miejsca, co średniej wielkości notes - żegnajcie regały wypchane po brzegi książkami! (a ja i tak prowadzę regularny recykling...)
- ebooki są ekologiczne i oszczędzają zasoby naturalne.

Ale swoją drogą warto było poczekać, bo faktycznie dostałam lepszy model taniej....

wtorek, 17 stycznia 2012

Piątek trzynastego i ginące neurony

Kilka dni temu przy śniadaniu My Significant Other oderwał na chwilę wzrok od laptopa i stwierdził, że jeżeli zamierzam poprawić swoje wykształcenie to jak najszybciej, bo – jak stwierdzili naukowcy – po 45. roku życia słabną zdolności kognitywne. Stwierdziłam, że mnie to nie dotyczy, bo przecież pracuję umysłowo, a jak wiadomo narzędzia często używane nie rdzewieją. Następnego dnia wyszukałam nawet artykuł w Internecie polemizujący z tym odkryciem. Niemniej jednak w sobotę (14 stycznia) zaszło coś, co sprawiło, że zaczęłam podejrzewać, że dotknął mnie nie tylko (przedwczesny) spadek zdolności kognitywnych, ale wręcz alzheimer [A propos alzheimera to niedawno, w kontekście polskich wspominek świąteczno-noworocznych zasłyszałam przepyszny dowcip (oczywiście zupełnie niepoprawny politycznie): Pytanie: „Czy lepiej jest mieć parkinsona czy alzheimera?” Odpowiedź: „Oczywiście, że parkinsona, bo lepiej połowę wylać, niż zapomnieć się napić!”. W kontekście alkoholowym załączam ponadto link do wypowiedzi eksperta: Gawęda o winie]. Po południowej kawie (dla rozbudzenia - tak, tak, to nie pomyłka – w weekendy pijam kawę koło południa, wkrótce po przebudzeniu :-) i pół litra świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy wymieszanego z siemieniem lnianym, zarodkami pszennymi i otrębami owsianymi (dla zdrowia) wybrałam się do supermarketu na zakupy. Wrzuciłam do koszyka niezbędne wiktuały, po czym poszłam zwiedzać dział AGD w poszukiwaniu okazji na wyprzedaży. Wózek z kurtką i ukrytą w torbach na zakupy torebką (zawierającą portfel, klucze do mieszkania, klucze do samochodu) zostawiłam „na chwilę” w dogodnym miejscu, żeby nie musieć się z nim przedzierać przez tłumy ludzi. Z tym, że kiedy po niego wróciłam, zastałam dwa inne samotne wózki, ale nie mój! Lekko zaniepokojona zrobiłam jedną rundkę wokół działu AGD, potem drugą. Koszyka ani śladu. Ponieważ sama pamiętam przypadki, kiedy zdarzało mi się wrzucać własne zakupy do cudzego koszyka (a potem za to przepraszać), a raz nawet odjechać z cudzym wózkiem kilka metrów (jak dzisiaj pamiętam, że miało to miejsce przy dziale rybnym i byłam wtedy głęboko pochłonięta kwestią, czy lepiej kupić całego trzykilogramowego łososia po 4 euro za kilogram, czy półkilogramowy filet za 10 euro), podeszłam do sprawy trochę niefrasobliwie, zagadnęłam tylko jedną ze sprzedawczyń, co mam zrobić, bo ktoś zabrał mi koszyk. Pani zaprowadziła mnie do ochroniarza, który potraktował mnie bardzo poważnie, aż się zdziwiłam. Zgłosił „incydent” w centrum ochrony i poprosił o ogłoszenie zaginięcia koszyka z megafonu, spisał moje dane i poradził pójście na policję w sprawie ukradzionych dokumentów. W tym momencie zaczęłam się już mocno martwić i spytałam, czy często zdarzają się takie wypadki. Ku memu zdziwieniu - bardzo często. Jak się dowiedziałam, tylko w ubiegłym tygodniu zginęły trzy koszyki, a z koszyków zawartość torebek (karty kredytowe, dokumenty). Chociaż były też podobno przypadki, kiedy ktoś koszyk zabrał przez pomyłkę, a potem zwrócił na miejsce... Pomimo ściskającego uczucia w żołądku postanowiłam, że będę dobrej myśli (bo przecież piątek trzynastego był dzień wcześniej!!!) i wróciłam do patrolowania działu AGD. Kiedy kończyłam pierwszą rundkę, znalazłam mój koszyk. Był to zaiste widok cieszący oczy. Stał w miejscu, które – jak byłam pewna! – sprawdzałam wcześniej, ale nie w miejscu, co do którego byłam przekonana, że go tam zostawiłam. Było to natomiast na pewno miejsce, w którym się na dłużej zatrzymałam, oglądając lodówki. I nie wiem w końcu – czy to początki alzheimera, czy ktoś naprawdę zabrał mój koszyk? Dałam znać sympatycznemu ochroniarzowi, a ten przypomniał mi, żeby sprawdzić zawartość torebki. Sprawdziłam. Wszystko było na swoim miejscu. Więc w końcu jestem szczęściarą czy ofiarą? Już nigdy się nie dowiem... Przyjmijmy roboczo, że szczęściarą...

P.S.1 Chciałabym zauważyć, że ten luksusowy wycieczkowiec osiadł na skale w pobliżu Toskanii w piątek trzynastego! To tylko ewakuacja przeciągnęła się na sobotę. A historia kapitana może przypominać trochę historię Lorda Jima z powieści Conrada...
P.S.2 Z tymi neuronami to jest podobno tak, że naukowcy nie spodziewali się, że (niewielki, bo niewielki –  o 3,7 procent) spadek zdolności kognitywnych ma miejsce tak wcześnie, czyli już po 45. roku życia, stąd ten cały hałas. Oczywiście w badanej grupie byli tacy, którym w ogóle nie spadło i tacy, którym spadło znacznie bardziej niż o 3,7 %. Warto zapamiętać, że wszystko, co źle wpływa na układ krążenia, czyli palenie papierosów, tłusta i słona dieta oraz brak ruchu, równie źle wpływa na mózg. Ja w każdym razie zamierzam pozostać optymistką...

środa, 4 stycznia 2012

Jak być mądrym

W ramach odtrutki na postanowienia noworoczne wróciłam w Sylwestra do lektury „Podręcznika mądrości tego świata” Józefa Bocheńskiego. Napisane z pasją i soczystym językiem. Autor co prawda odżegnuje się w przedmowie od wiary w opisywane zasady, bazujące głównie na starogreckiej filozofii („Ogłaszając rzecz o mądrości narażam się na zarzut, że uczę bezecności i psuję młodzież. Mądrość, o której tu jest mowa, wielce różni się, w rzeczy samej, od tradycyjnej moralności i od chrześcijańskiej bogobojności. [...] Jeśli o mnie chodzi, jestem chrześcijaninem, więc przyznaję się do ewangelicznej głupoty i bynajmniej nie zamierzam zalecać mądrości tego świata”.), ale widać, że prowokowanie niedouczonych prostaczków sprawia mu dużą radość („Książeczka, którą oto oddaję w ręce czytelnika jest książeczką prowokacyjną”). Polecam lekturę, a poniżej wyciąg z omówionych przez filozofa przykazań mądrości:
1. Postępuj tak, abyś długo żył i dobrze ci się powodziło.
2. Dbaj przede wszystkim o twoje życie i zdrowie.
3. Używaj życia
3.1. Dbaj o to, byś miał jak najwięcej przyjemności i jak najmniej przykrości.
3.2. Dbaj o to, aby twoje życie miało zawsze sens.
3.21 Miej zawsze przed sobą cel do osiągnięcia.
3.22 Używaj chwili.
3.221 Umiej żyć w teraźniejszości.
3.222 Staraj się pojmować środki jako cele.
4. Rządź swoim życiem.
4.1 Bądź, o ile to możliwe, niezależny w czynie fizycznym.
4.2 Rządź twoją myślą, uczuciami i nastrojami.
4.21 Postępuj zgodnie z twoim własnym ideałem.
4.3 Nie przywiązuj się zbytnio do nikogo i niczego.
4.31 Nie popadaj w nałóg.
4.4 Zachowaj spokój wewnętrzny.
4.41 Zachowaj pogodę ducha.
4.411 Mów sobie codziennie rano: „Świetnie jest”.
4.412 Staraj się przedstawić sobie wypadki przyszłe w sposób przyjemny.
5. Bądź roztropny.
5.1. Nie uznawaj żadnego zdania bez sumiennego przekonania się o jego prawdzie albo przynajmniej o jego prawdopodobieństwie.
5.11 Zanim coś ważniejszego powiesz albo zrobisz zadaj sobie pytanie: „Czy warto?”.
5.12 Sprawdź przed ważną decyzją czy nie bierzesz twoich życzeń za rzeczywistość.
5.13 W każdej sprawie zasięgaj rady ludzi doświadczonych.
5.14 Odłóż do jutra decyzję w ważnej sprawie.
5.15 Poznaj siebie.
5.151 Znajdź codziennie chwilę do namysłu nad sobą.
5.2 Zajmuj się sprawami, które od ciebie zależą a nie tymi, które od ciebie nie zależą.
5.21 Nie wartościuj niepotrzebnie.
5.22 Nie przejmuj się tym, na co nie masz wpływu.
5.3 Dbaj o zabezpieczenie twojej przyszłości.
6. Zachowaj we wszystkim umiar.
6.1 Zachowaj umiar w poglądach.
6.11 Unikaj twierdzeń całkiem ogólnych.
6.12 Bądź ostrożny w swoich sądach.
6.2 Korzystaj z dóbr i przyjemności umiarkowanie.
6.3 Umiej używać małych przyjemności.
6.31 Przedkładaj wiele małych przyjemności nad niewiele wielkich.
6.4 Nie porywaj się na rzeczy, które przekraczają twoje możliwości.
7. Powziętą decyzję wykonaj mocno i wytrwale.
7.1 Nigdy nie powoduj się strachem.
7.11 Nie bój się śmierci.
8. Żyj dla swojego dzieła.
8.1 Wykonuj wszystko, co czynisz możliwie najlepiej.
8.2 Patrz na siebie, na innych ludzi i na świat okiem przyrodnika.
8.21 Pojmuj przeciwności jako wydarzenia naturalne.
8.22 Nie rozczulaj się nad sobą.
9. Uważaj swój stosunek do innych ludzi za nadzwyczaj ważny dla twojego życia.
10. Bądź ostrożny w stosunkach z innymi ludźmi.
10.01 Dopóki go lepiej nie poznasz, uważaj  każdego spotkanego człowieka za złośliwego głupca.
10.11 Nie wierz nikomu dopóki nie przekonasz się, że on zna się na tym, o czym mówi, i że jest prawdomówny
10.12 Nie uznawaj za prawdę żadnego twierdzenia tylko dlatego, że jest wydrukowane, albo wypowiedziane w środkach masowego przekazu.
10.2 Myśl i czuj niezależnie od innych.
10.3 Przedkładaj samotność nad towarzystwo.
11. Nie zajmuj się innym człowiekiem wyjąwszy gdy on: (1) może być ci pożyteczny, albo dla ciebie niebezpieczny, (2) możesz mu pomóc, (3) jesteś za niego odpowiedzialny.
12. Dawaj innym możliwie mało informacji o sobie.
13. Wyjąwszy gdy chodzi o przyjaciół i bliskich unikaj poufałości.
14. Dbaj o życzliwość ludzi.
14.1 Nie zrażaj sobie ludzi, jeśli możesz.
14.11 O ile możesz, unikaj sporów.
14.2 Staraj się zyskać sympatię każdego spotkanego człowieka.
14.21 Bądź uprzejmy
14.3 Pracuj systematycznie i wytrwale nad zdobyciem życzliwości ludzi, z którymi ci żyć wypada.
15. Postępuj tak, abyś był uważany za człowieka, na którym można polegać.
16. Bądź umiarkowanie solidarny z grupą do której należysz.

I znowu te postanowienia noworoczne...

Szorowałam właśnie łyżeczki, przymierzając się do odkurzania, czyszczenia łazienki, nocnej kradzieży bluszczu z ogrodu sąsiadów (do spożycia przez zamieszkałe u mnie chwilowo patyczaki) oraz setki różnych innych błahych, ale składających się na codzienność czynności, kiedy naszła mnie chęć napisania czegoś. W zwykłych okolicznościach zastosowałabym się do rady anonimowego bon vivanta („Kiedy ogarnia cię ochota do pracy, usiądź i poczekaj, aż ci przejdzie”), ale co mi tam. Nowy Rok mamy. Mogę nawet coś nowego napisać.
Nowy Rok, a całkiem jak stary - dużo pracy, czasu na rozrywki ciągle za mało, nie wspominając o wszelkich ambitnych przedsięwzięciach w rodzaju chodzenia trzy razy na tydzień na siłownię i straceniu po dwa centymetry ze wszystkich obwodów (poniżej biustu!!!!). Jakby to komuś było w ogóle potrzebne. Ludzie się zasadniczo nie zmieniają, chyba że muszą, a jeżeli nie muszą, to po co się wygłupiać i obniżać sobie samoocenę oskarżeniami o brak silnej woli? Wystarczy popatrzeć na poniższą (mocno skróconą) listę postanowień noworocznych Bridget Jones (atak śmiechu gwarantowany):
„I WILL NOT
Waste money on: pasta-makers, ice-cream machines or other culinary devices which will never use; books by unreadable literary authors to put impressively on shelves; exotic underwear, since pointless as have not boyfriend.
Behave sluttishly around the house, but instead imagine others are watching.
Spend more than earn.
Bitch about anyone behind their backs, but be positive about everyone.
Sulk about having no boyfriend, but develop inner poise and authority and sense of self as woman of substance, complete without boyfriend, as best way to obtain boyfriend.
I WILL
Stop smoking.
Drink no more than fourteen alcohol units a week.
Give all clothes which have not worn for two years or more to homeless.
Improve career and find new job with potential.
Save up money in form of savings.
Make better use of time.
Not go out every night but stay in and read books and listen to classical music.
Get up straight away when wake up in mornings.
Go to gym three times a week not merely to buy sandwich.”
itd. itp.

Na końcu książki znajduje się podsumowanie: „liczba dotrzymanych postanowień noworocznych: 1. Świetny wynik!”. Ufff...

poniedziałek, 26 grudnia 2011

I znowu te święta...

Święta mnie przerażają. Na serio. I nie jestem jedyna, wystarczy popatrzeć w Internecie. Wystarczy, że pomyślę o tym całym gotowaniu, marnotrawstwie (bo nawet podczas zwykłych weekendowych zakupów zdarza się kupić za dużo, a co dopiero w święta), a dostaję niestrawności... W tym roku udało mi się ominąć stres metodą faktów dokonanych, całkiem nieświadomie zresztą, ale muszę zapamiętać patent na lata następne. Otóż: na dzień przed Wigilią wybrałam się w krótką podróż, która zgodnie z prawem Murphy'ego zwykle niespodziewanie się przeciąga, co stało się i w tym przypadku. Do supermarketu dotarłam na pół godziny po zamknięciu, tzn. o 16:30. Według Internetu wszystkie sklepy w naszym mieście zamykały o tej samej godzinie. Zapewne ustalenia związkowe, tutaj nie ma miejsca na wolną konkurencję, bo każdy chce iść do domu świętować. Zaglądam do lodówki i spiżarni: marne resztki, ale na jeden porządny posiłek powinno starczyć. Biorę się za odkurzanie (bo mieszkanie oczywiście niesprzątnięte - jakaś niemoc przedświąteczna mnie wcześniej ogarnęła), podczas gdy Mój Nadroższy obdzwania znajomych z anegdotą o zamkniętych sklepach i pustym stole. Oczywiście już wkrótce otrzymujemy zaproszenie na Wigilię i to od zawodowej kucharki. Ha! Po północy oddalamy się po przyjemnie spędzonym wieczorze – syci, napojeni, zaopatrzeni w plastikowe pojemniczki z apetyczną zawartością, z przyjemną świadomością, że to nie my będziemy musieli sprzątać ze stołu i zmywać naczynia. Czyli Święta mogą być przyjemne, to tylko kwestia odpowiedniej organizacji...

niedziela, 16 października 2011

Po co pisać?

Internet jest pełen porad dla aspirujących pisarzy. Z niewiadomych przyczyn wiele osób postrzega egzystencję pisarza jako „glamorous”, jako przepustkę do sławy, pieniędzy i nieśmiertelności. W ubiegłych stuleciach pisarze nie cieszyli się zbyt dobrą reputacją, podobnie zresztą jak aktorzy. W dobrym tonie było co najwyżej dyktowanie pamiętników na starość (przy czym większość żmudnej pracy wykonywali asystenci i sekretarze). Obecnie wielu pisarzy wypowiada się o swoim zawodzie lekceważąco, a „powołanie” traktuje jako ciężką przypadłość, a nie „dar bogów”. Jednym z najbardziej przejmujących wyzwań tego typu jest „So you want to be a writer), Charles'a Bukowskiego, pisarza, alkoholika i skandalisty z pokolenia beatników, przypomnianego niedawno w popularnym serialu Californication .

if it doesn't come bursting out of you
in spite of everything,
don't do it.
unless it comes unasked out of your
heart and your mind and your mouth
and your gut,
don't do it.
if you have to sit for hours
staring at your computer screen
or hunched over your
typewriter
searching for words,
don't do it.
if you're doing it for money or
fame,
don't do it.
if you're doing it because you want
women in your bed,
don't do it.
if you have to sit there and
rewrite it again and again,
don't do it.
if it's hard work just thinking about doing it,
don't do it.
if you're trying to write like somebody
else,
forget about it.


if you have to wait for it to roar out of
you,
then wait patiently.
if it never does roar out of you,
do something else.

if you first have to read it to your wife
or your girlfriend or your boyfriend
or your parents or to anybody at all,
you're not ready.

don't be like so many writers,
don't be like so many thousands of
people who call themselves writers,
don't be dull and boring and
pretentious, don't be consumed with self-
love.
the libraries of the world have
yawned themselves to
sleep
over your kind.
don't add to that.
don't do it.
unless it comes out of
your soul like a rocket,
unless being still would
drive you to madness or
suicide or murder,
don't do it.
unless the sun inside you is
burning your gut,
don't do it.

when it is truly time,
and if you have been chosen,
it will do it by
itself and it will keep on doing it
until you die or it dies in you.

there is no other way.

and there never was.

 Na grobie Bukowskiego widnieje epitafium: "Don't try". Jego żona Linda Lee Bukowski twierdzi, że ma to oznaczać: "Jeżeli spędzasz cały czas próbując, wtedy wszystko co robisz to tylko próbowanie. Więc nie próbuj. Po prostu rób". W polskim tłumaczeniu słowa te brzmią Jeżeli już o coś zabiegasz, idź na całego, w przeciwnym razie nawet nie zaczynaj. [Wikipedia > 16.10.11].
Ale można to rozumieć także i tak: „Lepiej daj sobie spokój i nie marnuj życia”.